„Ciasteczek i kawy nie ma”

Standard

budżet

Budżetowa sesja Rady Powiatu za nami. Plan finansowy na 2015r. został przyjęty i ewidentnie czuć w nim powyborcze rozprężenie w stylu: „wybraliście nas, a teraz… możemy wszyscy wrócić do okopów”.

Tak właśnie czułem, analizując kolejne zapisy budżetu 2015 zaproponowane przez Zarząd Powiatu i porównując je z budżetem kończącego się roku. Z 43 zapisów inwestycyjnych w roku 2014r. zrobiło się 11 w roku 2015r. (ok. 4 mln. zł mniej na inwestycje). Mniej zadań, mniej środków na inwestycje, za to o jednego członka Zarządu do utrzymania więcej, o czym mówiłem do radnych podczas sesji. Gdzie logika? gdzie gospodarność? No cóż, widać w polityce na próżno jej szukać.

Z proponowanego budżetu dokładnie można wyczytać intencje, zamiary i pomysł na kolejny rok funkcjonowania tego szczebla samorządu i prawdopodobnie całą kadencję. Widzę w nim wracający do swoich wygodnych okopów obóz prezydenta z jednej strony i obóz starosty z drugiej. Brak mocnych akcentów na lepszą współpracę z miastem najwyraźniej odpowiada też powiatowym radnym prezydenckim (nazwę ich tak, bo często zmieniają nazwę komitetu i niektórym może ona nic nie powiedzieć) – głosowali „za”.

Moich 2 kolegów radnych z Ziemi Bolesławieckiej oraz ja wstrzymaliśmy się od poparcia tego projektu. Dyskutowaliśmy o tym budżecie, bo, choć mimo wszystko, sporo w nim pozytywnych kwestii, za które odpowiada Powiat, to trudno się zgodzić na dodatkowe koszty związane z zarządzaniem i brak wyraźnej współpracy z miastem. W tym przypadku wstrzymanie się od poparcia to dowód na to, że ktoś poświęcił temu dokumentowi trochę więcej czasu i uwagi. Ja tak właśnie zrobiłem.

Kiedy o głosowaniu nad budżetem 2015r., ze stosowanym komentarzem, napisałem na swoim fejsbukowym profilu, rozgorzała dyskusja… O budżecie? o gospodarności? o publicznych pieniądzach? A w życiu! Dla dyskutantów (przeważnie niedoszłych radnych) ważniejsze były kwestie proceduralne i rozkładanie na czynniki pierwsze definicji przewidzianej prawem instytucji „wstrzymuję się” oraz mojego zachowania podczas głosowania. Po dłuższej wymianie zdań, dyskusję tę określił jeden z moich znajomych Bartek: „Radny o budżecie, a gremium o pasztecie”. W sumie sama wymiana zdań faktycznie, może i ciekawa, ale zupełnie nie na temat i tak naprawdę nikt nie odniósł się do meritum oraz nie napisał, na moją prośbę, jaką decyzję by podjął. Szkoda.

Przyznaję, być może wygodniej było zagłosować „za”, tak dla zasady i nie mieć dylematów jak niektórzy radni, których egzemplarze budżetów wyglądały jakby je przed chwilą odebrali z drukarni. Być może lepiej w ogóle nie czytać, nie zabierać głosu, nie budzić spokoju trudnymi pytaniami tylko płynąć z prądem i cieszyć się mandatem radnego. Być może, ale to nie dla mnie.

Po przyjęciu budżetu, podczas sesji przewodniczący Rady Powiatu zażartował: „wyjątkowo dziś nie ma kawy i ciasteczek, bo Starostwo oszczędza.” Na co odparłem: „i na tym koniec oszczędności…” Zebrani zaśmiali się pod nosem. Z kogo? z czego? Nie wiem.